wtorek, 17 sierpnia 2010

Tort z kremem mascarpone (I) i owocami

Zatroskana naprawą kolan, przygotowaniami do ślubów, chrztu i innych ważnych wydarzeń. Mój czas, mimo wielu godzin, które powinnam przeznaczać na leniuchowanie, jakby przestał należeć do mnie w zupełności. Mimo ogromnych chęci nie byłam w Szczecinie, nawet chrzest został przesunięty. Będzie tego jeden dobry rezultat, a mianowicie na śluby i chrzest właśnie będę mogła podreptać o własnych siłach.

Rehabilitacja na szczęście przyniosła jakieś rezultaty. I chociaż nie ukrywamy, że u statystycznego pacjenta powinno być lepiej, cieszymy się z każdego kolejnego stopnia wyprostu czy zgięcia. O rehabilitacjach mogłabym napisać książkę. A właściwie, to się zastanawiam, czy nie zatrudnić się w jakiejś firmie, która ocenia jakość usług, na które NFZ wykłada pieniądze. Nędzne bo nędzne, ale jednak. Nie wspomnę już o tym, że bez względu na pieniądze standardy opieki nad pacjentem niewiele się różnią.

Ja w prawdzie miałam do czynienia z rehabilitacją w dwóch tylko gdańskich placówkach, jednak niestety jako osoba powiązana z medycyną poprzez studia, wiem co nieco, jak być powinno. W obu placówkach zlecone miałam ćwiczenia indywidualne. W obu oglądał mnie lekarz rehabilitacji, który je zlecał. W jednej tylko fizjoterapeuci czuwali nade mną cały czas, codziennie poprzez badanie palpacyjne sprawdzali jaki jest postęp oraz modyfikowali ćwiczenia i masaże, aby znaleźć te, które w moim przypadku będą najbardziej skuteczne. W drugiej placówce na 15 dni tam spędzonych fizjoterapeuta rozmawiał ze mną tylko 3 razy, na czterech ani jeden nie dotknął mojego kolana, aby w ogóle sprawdzić w jakim jest stanie. Nie wspomnę też o jego obejrzeniu chociaż. Nie zapytali czy to po złamaniu, operacji, czy fikołkach. Apogeum jednak osiągnęli 15 razy wpisując w mojej karcie "ćwiczenia, zabiegi...... kolana PRAWEGO" podczas, gdy rehabilitowałam u nich lewe. Właściwie to pamiętam, że większość czasu spędzali w swojej kanciapie, słychać było ploteczki, stukające talerze i dzwoniące telefony. Jednego dnia zrobiłam eksperyment i przez całą godzinę źle lub niedokładnie wykonywałam ćwiczenia. Wyobraźcie sobie, że nikt nawet nie zwrócił na to uwagi!! I tu od razu przypomina mi się opowieść znajomego fizjoterapeuty, który miał bardzo absorbującą wiekowa pacjentkę, która nie mogła zapamiętać sekwencji ćwiczeń. I on przez cały ten czas stał nad nią i non stop mówił co i jak ma robić. No więc chyba jednak można, nie? Wracając do omawianej placówki. Miałam też ubaw jednego dnia, gdy obok mnie na "odciążeniu" leżała starsza pani, która ćwiczyła kolana. Ci fizjoterapeuci byli tak zajęcia siedzeniem w kanciapie, że nie zauważyli, że pani przespała ponad połowę czasu przeznaczonego na jej ćwiczenia.
I tak już z innej beczki... Przychodziłam i nikt nie odpowiadał "dzień dobry", nie zauważał, że mówię "do widzenia" i wychodzę. Może powiem krótko: z pierwszej rehabilitacji byłam zadowolona o wiele bardziej. Ale cholerny NFZ masakrycznie obciął limity i mój czas w UCK nie mógł być przedłużony. Jeśli będziecie potrzebowali rehabilitacji dla siebie, dajcie znać, a powiem Wam gdzie nie iść.

Już dawno temu na facebook'u pisałam o torciku, który przygotowałam sobie na imieniny. Tego dnia zaczęła się moja dłuższa przygoda z mascarpone, którą zamierzam się z Wami podzielić.

Torcik można zrobić na bazie gotowego kupnego biszkoptu, ja jednak zrobiłam własny. Jajka ubijałam z cukrem przez dokładnie 4 minuty w temperaturze 37' C. Można użyć kąpieli wodnej lub tak jak ja Thermomixa. Jakieś 30 sekund przed końcem ubijania dolewamy do masy 50 ml oleju.

Następnie wsypujemy mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i mieszamy delikatnie, ale dokładnie przez 30 sekund. Gotową masę wlewamy do tortownicy o średnicy 24 cm. Pieczemy w piekarniku ok. 25 minut w temperaturze 180' C.

BISZKOPT:
4 jajka
200g cukru
50 ml oleju
200 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Po wyciągnięciu i ostudzeniu biszkopt trzeba podzielić na trzy placki jednakowej grubości. Jeśli nie posiadacie wystarczająco ostrego i długiego noża, możecie poradzić sobie długim kawałkiem nici. Pierw robimy nacięcia na biszkopcie w miejscach, w których chcemy, aby był przecięty. Najlepiej kilka nacięć na jednym poziomie, aby nie zjechać wyżej lub niżej. Następnie w nacięcia wkładamy nitkę i tniemy placek przeciągając nić do końca.

Każdy placek kładziemy osobno i zaczynamy przygotowywać masę. Największą zaletą tego tortu jest fakt, iż poza przepysznym delikatnym kremem, ma naprawdę dużo owoców. Owoce mogą być takie, jakie sobie wymarzycie. Polecam truskawki, porzeczki. Również pomarańcze, wiśnie, banany. U mnie tym razem w roli głównej wystąpiły borówki amerykańskie i maliny.

Do zrobienia kremu użyłam 400 ml śmietany kremówki, 2 łyżki cukru pudru i 500 gramów serka mascarpone. Najlepiej jeszcze przed ubiciem śmietany w osobnej misce rozetrzeć serek, aby nie było grudek. Śmietanę z cukrem pudrem ubijamy. Następnie dodajemy po łyżce serka delikatnie mieszając. Masa może Wam się wydawać rzadka, ale wierzcie mi, że po odstaniu trochę w lodówce będzie super.

Teraz zaczyna się już zabawa. Krążek biszkoptu nasączamy trochę likierem amaretto, układamy na całej powierzchni borówki amerykańskie i maliny i przykrywamy 1-2 cm warstwą kremu. Nakładamy następny krążek biszkoptu, nasączamy amaretto, układamy owoce, przykrywamy kremem. Ostatni placek biszkoptu również nasączamy likierem, układamy owoce, przykrywamy kremem. I na koniec znowu układamy gęsto owoce.

Tak przygotowany torcik wkładamy na parę godzin do lodówki. W mim przypadku to była cała noc, bo się zrobiło późno. Rano ciacho było przepyszne!!

KREM Z SERKA MASCARPONE (wersja 1)
400 ml śmietanki kremówki
1 łyżka cukru pudru
500 g serca mascarpone
owoce: 500 g malin, 750 g borówek amerykańskich

Tort jest idealny na gorące dni. Krem nie jest ani za słodki, ani za ciężki. Owoce dodają swojego smaku. Biszkopt natomiast nasączony amaretto (luj jeśli wolicie innym aromatycznym likierem) nie jest suchy i idealnie komponuje się z resztą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Prześlij komentarz